Ikona zegar

Czas czytania - 12 min

Farmaceutyczny West Coast Swing

„Taniec to dla mnie nie tylko ruch, odpoczynek i zabawa przy muzyce. Taniec otwiera mnie na wiele przestrzeni, pozwala lepiej siebie poznać i nie mówię tutaj tylko o zakresach ruchu mojego ciała…” Tak o swojej pasji mówi Magdalena Pelczarska, farmaceutka pracująca w jednej z dużych sieci aptek. Opowiedziała nam o farmacji, aptekach i zamiłowaniu do west coast swing…

Łukasz Waligórski: Może zaczniemy od kilku słów o sobie? Skąd Pani pochodzi? Czym się aktualnie Pani zajmuje?

Magdalena Pelczarska: Pochodzę z Podkarpacia, a dokładnie z Przemyśla. Prawdopodobnie ze względu na obecną sytuację w Ukrainie nie trzeba w tym momencie nikomu tłumaczyć, w jakiej części Polski to miasto jest położone. Studia ukończyłam w Lublinie, ale zaraz po ukończeniu studiów i po półrocznym stażu wyjechałam do Krakowa, gdzie obecnie mieszkam i pracuję. Od czterech lat pracuję w aptece ogólnodostępnej w dużej sieci aptek.

Dlaczego wybrała Pani akurat farmację? Co skłoniło Panią do studiowania tego przedmiotu?

Muszę przyznać, że był to wybór mocno praktyczny. Dobrze sobie radziłam w przedmiotach ścisłych, nigdy nie miałam problemów z nauką. Środowisko medyczne było mi bliskie, więc pójście w tę stronę wydawało się wyjściem bezpiecznym i stabilnym. Zawsze ciągnęło mnie też do pracy z ludźmi, nie widziałam się w typowej pracy „za biurkiem”, gdzie mam do odhaczenia kolejne rzeczy. Zawsze chciałam też, żeby moja praca mogła wnosić coś w życie innych – decydując się na studia, właśnie tak widziałam ten zawód. Poza tym w pracy zawodowej potrzebuję interakcji z ludźmi, uwielbiam też pracę zespołową. Teraz, z perspektywy czasu, posiadając tę wiedzę, którą mam, pojawiają się w mojej głowie również inne pomysły na siebie, ale doceniam miejsce, w którym jestem, i kwalifikacje, jakie mam. Pracuję obecnie w dużej aptece z bogatym asortymentem, w dużym zespole i czuję się dobrze w tym, co robię. Uważam jednak, że wybór „na zawsze” czasami nie jest wcale na zawsze, więc ciągle pozostaję otwarta i szukam przestrzeni w życiu zawodowym, w której będę się czuła najlepiej.

Ł.W.: Gdzie Pani studiowała? Czy ma Pani jakieś szczególne wspomnienia z okresu studiów?

M.P.: Studiowałam na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie. Pamiętam chemię organiczną i syntezy leków… i to, jak mocno chciałam, żeby te przedmioty jak najszybciej zdać i zakończyć z nimi przygodę. Pamiętam chemię fizyczną i to, że trafiłam na najbardziej wymagającego asystenta, którego bał się cały rocznik. Ostatecznie wcale nie było tak źle i strach był zupełnie nieuzasadniony. 🙂 Na pierwszym roku studiów przygniotła mnie nieco ilość różnych rodzajów chemii, jakie mieliśmy w planie zajęć, i ilość wiedzy do przyswojenia. Był to intensywny czas uczenia się organizacji czasu, określania priorytetów i konieczności wybierania, czemu chcę poświęcić swój czas i w jakim kierunku się rozwijać.

Oczywiście mam dużo dobrych wspomnień, a za te trudniejsze też mam w sobie wdzięczność, bo wiele mnie nauczyły. Szczególnie dobrze wspominam czas pisania pracy magisterskiej w Katedrze Farmakologii i pracę z Panią Doktor (jeśli mogę, to serdecznie ją pozdrawiam), z którą wcześniej miałam również zajęcia. 

Najcieplejsze wspomnienia z okresu studiów dotyczą ludzi, których w Lublinie poznałam i z którymi utrzymujemy kontakt do dzisiaj. Pomimo ogromu nauki prowadziłam życie aktywne i czerpałam garściami z możliwości, jakie dawało miasto większe niż to, z którego pochodziłam. Uprawiałam więc aktywnie sport, angażowałam się w wolontariat, korzystałam z życia kulturalnego Lublina.

Ł.W.: Jak wspomina Pani zetknięcie z pracą zawodową po studiach? Dziś wielu młodych farmaceutów jest rozczarowanych pracą w aptece. Jak było w Pani przypadku?

M.P.: Niestety to rozczarowanie dotknęło i mnie. Praca w aptece w Polsce z reguły nie pozwala wykorzystać nawet połowy potencjału, z jakim przychodzą do pracy młodzi farmaceuci. Pamiętam, że mnie osobiście mocno dotykało, że bardziej odpowiedzialne zadania powierzane były technikom farmaceutycznym ze względu na dłuższy staż pracy. Nie chodziło tu jedynie o wdrożenie mnie do pracy, ale taka sytuacja była w tej konkretnej aptece na porządku dziennym. Wciąż, kiedy to mówię, nie mogę zrozumieć, dlaczego takie sytuacje tak często mają miejsce w naszym zawodzie. Bardzo szybko przyszło zniechęcenie i poczucie, że chcę czegoś więcej, a sytuacja, w której się znalazłam jest tylko etapem przejściowym i potrzebuję poszukać innych możliwości. Na tym etapie zaczęłam odgrzebywać swoje inne pasje i zaczęłam się realizować, pisząc niewielkie artykuły – najpierw podróżnicze, a później także o innej tematyce na portale internetowe. Pozytywne informacje zwrotne o moich tekstach i zachęta od najbliższych sprawiły, że zdecydowałam się na studia podyplomowe z dziennikarstwa, mając nadzieję, że uda mi się połączyć pisanie z farmacją. Rok studiów podyplomowych był bardzo ciekawym doświadczeniem – otworzył mnie bardzo na nowe możliwości i pokazał, że w każdej sytuacji możemy decydować, co robić, nic nie jest zdeterminowane. 

Krótko po ukończeniu studiów podyplomowych i po trzech latach od ukończenia studiów farmaceutycznych rozpoczęłam pracę, w której łączyłam pracę w aptece z pracą redaktorską przy podręcznikach dla farmaceutów i na portalu internetowym. W aptece, w której w tym czasie pracowałam na pół etatu, była bardzo dobrze, jak na obecną sytuację w Polsce, rozwinięta opieka farmaceutyczna. Pierwszy raz miałam tam styczność z przeglądami lekowymi, wykonywaliśmy pomiary ciśnienia, pomiary glukozy, pisaliśmy ulotki dla pacjentów. To wszystko pozwoliło mi na nowo spojrzeć na pracę farmaceuty i określić to, jak chciałabym pracować i do czego w życiu zawodowym chcę dążyć. 

Obecnie jestem mile zaskoczona pracą w dużej sieci aptecznej, choć muszę nadmienić, że zaraz po studiach pracę w aptece sieciowej uważałam za ostateczność. Ukończyłam szkolenie z wykonywania szczepień i doświadczyłam, jak to realnie wpływa na jakość i satysfakcję z wykonywanej pracy. Szczepienia pozwalają na interakcję z pacjentem, poznanie go – szczepiąc, doświadczam, że pacjenci traktują nas jako personel fachowy i naprawdę polegają na naszej opinii. Wciąż mam nadzieję, że zawód farmaceuty w Polsce będzie się zmieniał i chętnie przyłożę do tego swoją małą cegiełkę.

Ł.W.: Skąd i kiedy pojawiło się u Pani zainteresowanie tańcem?

M.P.: Lubiłam tańczyć od dziecka, ale nigdy jakoś szczególnie tych umiejętności nie rozwijałam, tańczyłam raczej przy różnego rodzaju „okazjach”. Na studiach brałam udział w kursie tańca towarzyskiego, ale po roku go przerwałam, pochłonęły mnie inne zajęcia. Teraz, jak patrzę na to z perspektywy czasu, to widzę wyraźnie, że taniec i pragnienie tańczenia nosiłam w sobie od dawna, tylko nie dawałam sobie przestrzeni, żeby to w sobie rozwijać. Zdecydowanie więcej tańca pojawiło się w moim życiu dopiero po studiach, tańczyłam tańce swingowe (Lindy Hop, Collegiate Shag) i salsę. Lubiłam te zajęcia, jednak wciąż czułam, że to nie jest do końca to, czego szukam. Tak trafiłam na starter west coast swing – weekendowy kurs, który wprowadzał w podstawy tego tańca. Minął jeszcze kolejny rok, zanim pojawiłam się w szkole tańca na kursie stacjonarnym i tak zaczęła się moja przygoda z westem, która trwa już trzy lata.

Ł.W.: Na czym polega west coast swing? Czy mogłaby Pani opowiedzieć o pochodzeniu tego sposobu tańca?

M.P.: West coast swing w dosłownym tłumaczeniu to swing z Zachodniego Wybrzeża. Jak nazwa wskazuje, wywodzi się z tańców swingowych ze Stanów Zjednoczonych. W Polsce staje się coraz bardziej popularny, choć ja usłyszałam o nim dopiero kilka lat temu. 

To, co najbardziej pociąga mnie w weście, to w zasadzie niczym nieograniczona, spontaniczna zabawa tak naprawdę do bardzo różnorodnej muzyki. Jest to taniec w parze, a szczególny nacisk w nauce tego tańca kładzie się na prowadzenie i podążanie za prowadzeniem. Kobieta, która tańczy westa, to followerka, która podąża za leaderem. W bardziej zaawansowanym tańcu możliwe jest odwrócenie ról. Choć z pozoru wygląda to tak, że mężczyzna ma w tańcu dużo większą pracę do wykonania (to on wprowadza partnerkę w kolejne patterny, nadaje kierunek), tak naprawdę odpowiedzialność leży po obu stronach. Głównym zadaniem followerki oprócz podążania za leaderem i utrzymywaniem kierunku, do którego on ją zaprosił, jest utrzymywanie tzw. punktów cennection, czyli odpowiedniego napięcia siły mięśni, aby możliwe było wzajemne wyczuwanie się i rozumienie swoich ruchów, tak aby komunikaty wymieniane między tańczącymi mogły być prawidłowo interpretowane, odczytywane i zrozumiane. 

Kobieta ma zadanie poruszać się w kierunku wskazanym przez partnera, kontynuując ruch, aż partner da sygnał, aby zmieniła kierunek ruchu. Nadaje to ruchom płynność i subtelność, która tak mnie zachwyciła, gdy pierwszy raz zobaczyłam pary tańczące westa. 

Tańcząc już wiele miesięcy, wiem z doświadczenia, że jeśli przykładam się do utrzymania odpowiedniego połączenia, jestem w stanie odczytać nawet bardzo subtelne komunikaty leadera, podążać w kierunku, który mi zaproponował, i zatańczyć z nim w zasadzie wszystko, nawet patterny, których jeszcze nie miałam okazji uczyć się na zajęciach. Oczywiście jeśli leader wie, co robi i dobrze nadaje komunikaty. 

Choć próbowałam już wielu rodzajów tańca, nie spotkałam do tej pory takiego jego rodzaju, gdzie tak duży nacisk kładłoby się na wzajemnie słuchanie komunikatów partnera i uważność na drugą osobę. Daje to ogromne pole do improwizacji i realne wytańczenie tego, co nam w duszy gra. Czasem pozwala popłynąć w rytm spokojnej muzyki, innym razem wytańczyć emocje przy bardziej dynamicznych dźwiękach, ale za każdym razem jest to autentyczna radość z ruchu. 

Mówi się, że west coast swing jest jak rozmowa dwojga partnerów. Im dłużej tańczę, tym bardziej odkrywam tę analogię. Żeby zacząć tańczyć, potrzeba kilku podstawowych kroków, a później zależy wiele od improwizacji i „słuchania” swojego partnera. Odnajduję w nim elementy, które naprawdę można przenieść na relację między dwojgiem osób. Jeśli z tą drugą osobą dobrze się rozumiem i przykładam się, aby to wzajemne zrozumienie i ustępowanie sobie miejsca utrzymać, jestem w stanie zatańczyć z nią wszystko, czyż nie tak jest też w życiu? 🙂 Poza tym tak naprawdę im więcej luzu – tym lepszy taniec.

Ł.W.: Jak rozwija Pani swoją pasję? Bierze Pani udział w jakichś zawodach lub pokazach?

M.P.: Tańczę przynajmniej raz w tygodniu, z reguły częściej – w Krakowie jest dużo wydarzeń westowych. W soboty, w szkole tańca, w której się uczę, mamy tzw. praktisy. Jest to dobry moment, żeby poćwiczyć nowe patterny. W grupie mówimy, że najpierw trzeba coś „przetuptać”, żeby wiedzieć później, jak popłynąć. 😉 Chętnych do ćwiczenia nie brakuje. Na zajęciach, na praktisach, a także na imprezach spotkać można ludzi w różnym wieku i mam wrażenie, że west staje się coraz bardziej popularny. 

Na chwilę obecną nie biorę udziału w turniejach tańca, ale jestem otwarta na to, co czas przyniesie. 🙂 Tu chciałabym nadmienić, jak wyglądają turnieje west coast swinga – najczęściej wygląda to tak, że tańczy się z przypadkową osobą do utworu, który w danym momencie wybierze didżej. W momencie, gdy zaczynałam swoją przygodę z westem, trudno mi było uwierzyć, że partnerzy, którzy tańczą z sobą pierwszy raz, są w stanie zatańczyć tak profesjonalnie, jakby wcześniej mieli dobrze przygotowany układ. Teraz rozumiem już, że jest to efektem dobrego połączenia i wyczulenia na siebie nawzajem w tańcu.

Ł.W.: Czy pacjenci w aptece, gdzie Pani pracuje, wiedzą o Pani pasji? 

M.P.: Do tej pory nie miałam okazji rozmawiać o tańcu z pacjentami. Wiedzą natomiast o nim moi współpracownicy. Na szczęście są bardzo pozytywnie do tego nastawieni i zamieniają się ze mną zmianami, gdy popołudniu, wieczorem mam jakieś zajęcia i potrzebuję coś wytańczyć. 

Ł.W.: Czy ma Pani jakieś plany lub marzenia związane z tańcem? 

M.P.: Co do planów i marzeń – jedno wiem na pewno – nie chcę przestawać tańczyć. Zbyt dużo w tańcu otrzymuję, żebym miała z tego rezygnować. Taniec to dla mnie nie tylko ruch, odpoczynek i zabawa przy muzyce. Taniec otwiera mnie na wiele przestrzeni, pozwala lepiej siebie poznać – i nie mówię tutaj tylko o zakresach ruchu mojego ciała. W tańcu zbliżam się do swoich emocji, jest mi łatwiej określić to, czego chcę, a co zupełnie nie jest moje. Czuję się bardziej sobą. W tańcu też otwieram się na marzenia, na przestrzenie, które są dla mnie ważne, a przez codzienność zostały przykurzone. Dzięki zajęciom z westa poznałam też fantastycznych ludzi, z którymi spotykamy się już nie tylko na zajęciach. 

West coast swing pozwolił mi poznać, czym dla mnie jest taniec i dlaczego chcę tańczyć. Obecnie idę krok dalej, nie rezygnuję z westa, ale chcę rozwijać się w tańcu dalej, otworzyć na inne rodzaje ruchu. Od kilku miesięcy biorę udział w warsztatach teatru tańca, w czasie formacji mamy zajęcia ze świadomości ciała z elementami tańca nowoczesnego, a także z podstaw baletu. Duże miasto, w którym obecnie mieszkam, daje wiele możliwości i cieszę się, że mogę z tego korzystać. West coast swing zawsze jednak będzie moją pierwszą taneczną miłością i na pewno pozostanę mu wierna.

Źródło: Wywiad pochodzi z #47 e-magazynu mgr.farm

Ta witryna wykorzystuje pliki cookies w celach analitycznych, reklamowych oraz do realizacji usług. Pliki cookies będą zapisywane w pamięci Twojego urządzenia zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.