Ikona zegar

Czas czytania - 15 min

Farmaceutka na korcie

Karolina Szczepanik to rodowita ślązaczka i farmaceutka pracująca w obszarze badań klinicznych. Uprawia też padel – sport, który zyskuje w polsce coraz większą popularność. sukcesy, jakie osiąga w tej dyscyplinie, sprawiają, że już wkrótce weźmie udział w kwalifikacjach do mistrzostw świata w Dubaju. mieliśmy okazję porozmawiać z nią zarówno o karierze zawodowej, jak i tej sportowej.

Boisko i paletka do gry w padel.

Łukasz Waligórski: Na wstępie chciałbym, żebyś powiedziała kilka słów o sobie – gdzie mieszkasz, gdzie pracujesz?

Karolina Szczepanik: Od urodzenia, tj. od trzydziestu czterech lat, związana jestem z Katowicami, ze Śląskiem. Myślę, że dla wielu będzie zaskoczeniem, że Katowice są jednym z najbardziej zielonych miast w Polsce. Ponad 42 procent powierzchni zajmują tu lasy, w tym pozostałości prastarej Puszczy Śląskiej z dwoma rezerwatami przyrody: Ochojec i Las Murckowski. Na przestrzeni minionych dziesięcioleci Katowice zmieniły swoje oblicze. I chociaż transformacja nigdy nie jest procesem skończonym, to miasto – kojarzone dotychczas z przemysłem ciężkim i wydobyciem węgla – dziś stawia m.in. na rozwój nowych biznesów, kulturę, usługi. Nic dziwnego zatem, że dobrze się tu mieszka, żyje, pracuje. Tu mam rodzinę i przyjaciół, tu realizuję się prywatnie, przede wszystkim poprzez sportową pasję, oraz zawodowo, działając od niespełna siedmiu lat w branży badań klinicznych.

Ł.W.: Dlaczego zdecydowałaś się studiować właśnie farmację? Czy wiąże się z tym jakaś historia?

K.Sz.: Z perspektywy czasu nie sądzę, by wybór farmacji był wyborem w pełni uświadomionym. Za tą decyzją nie kryje się również piękna opowieść o realizacji marzeń. Mając „naście” lat, zdobywając wykształcenie w klasie lingwistycznej, tj. spędzając długie godziny na analizie tekstów w języku polskim czy angielskim, powoli odkrywałam również swoje zamiłowanie do… nauk ścisłych, w tym przede wszystkim do chemii. Z czasem okazało się, że przyswajanie wiedzy chemicznej przychodzi mi nie tylko łatwo, ale przede wszystkim daje dużo satysfakcji. Tak oto rok przed maturą podjęłam decyzję o wyborze chemii i biologii jako przedmiotów egzaminacyjnych, mając świadomość konieczności nadrobienia zaległości w wiedzy biologicznej. Była to właściwie praca u podstaw, która przy wsparciu rodziny, korepetytorów i po wielu „zarwanych nocach” zakończyła się sukcesem. Tym samym wybór farmacji był raczej efektem analizy moich kompetencji, moich mocnych i słabych stron, wsparty intuicyjną chęcią poznania świata nauki. Jako osoba mocno związana ze Śląskiem postanowiłam kontynuować edukację w rodzinnych stronach, w Śląskim Uniwersytecie Medycznym w Katowicach.

Ł.W.: Jak wspominasz studia? Czy masz z tym okresem związane jakieś szczególne wspomnienia? Ulubione przedmioty?

K.Sz.: Zamiłowanie do farmacji dojrzewało powoli, początkowo bowiem, jako studentka pierwszych lat studiów, czułam się zagubiona w gąszczu niezwykle różnorodnej wiedzy. Przedmioty medyczne przeplatały się z ogromną porcją chemii: nieorganicznej, organicznej, analitycznej, fizycznej. W tamtym czasie nie potrafiłam odnaleźć odpowiedzi na ulubione pytanie: „Jak przełożyć to, co już wiem, na praktykę zawodową?”. Kolejne lata pozwoliły na wstępne ułożenie elementów tej układanki. Wraz z nadejściem takich przedmiotów, jak: technologia postaci leku, farmakologia i farmakodynamika, farmakokinetyka, farmakognozja, synteza i technologia środków leczniczych, chemia leków, farmakoekonomika, prawo farmaceutyczne i wiele innych, rozpoczęłam również działalność w zarządzie Studenckiego Towarzystwa Naukowego (STN). Ostatnia z wyżej wymienionych aktywności pozwoliła mi na zdobycie nowych kompetencji, głównie z zakresu zarządzania projektami. Wraz z kolegami i koleżankami z różnych kierunków SUM byliśmy odpowiedzialni za koordynację działalności studenckich kół naukowych. Współuczestniczyliśmy w życiu naukowym uniwersytetu oraz reprezentowaliśmy studencki ruch naukowy. Byliśmy również odpowiedzialni za organizację corocznej, międzynarodowej konferencji naukowej (SIMC). 

W okresie studenckim silnie związana byłam również z kołem naukowym przy Katedrze i Zakładzie Chemii i Analizy Leków. Do dziś pamiętam pierwszą fascynację pracą laboratoryjną przy hodowlach komórkowych. Do dziś również czuję wdzięczność za daną wówczas szansę rozwoju naukowej pasji poprzez uczestnictwo w realizacji badań i publikacji Katedry. 

Okres studiów to również czas dalszego rozwoju sportowego, chociaż paradoksalnie nie był to rozwój tenisowy, był to bowiem dla mnie czas chwilowego odpoczynku od tej dyscypliny sportu na rzecz siatkówki. I tak oto w studenckiej kadrze zasiliłam sekcję siatkarską, a wyjazdy na Akademickie Mistrzostwa Polski do dziś wspominam z dużym sentymentem.

Ł.W.: Jak potoczyła się Twoja kariera zawodowa po studiach? Niektórzy młodzi farmaceuci po zetknięciu z pracą w aptece czują pewne rozczarowanie tym zawodem. Jak było w Twoim przypadku?

K.Sz.: Po odbyciu sześciomiesięcznej praktyki zawodowej, uzyskaniu dyplomu magistra farmacji i prawa wykonywania zawodu swoją pierwszą pracę rozpoczęłam, jak większość moich kolegów i koleżanek, w aptece ogólnodostępnej. Była to apteka, w której nie tylko odbywałam staże studencki i zawodowy, ale również którą odwiedzałam jako pacjent, z uwagi na pobliskie miejsce zamieszkania. Tym samym bardzo szybko stałam się częścią znanego mi wcześniej zespołu, co również pozwoliło zminimalizować stres, jaki zwykle towarzyszy świeżo upieczonym magistrom farmacji. Dzięki wsparciu kierownika apteki, który od pierwszego dnia stażu przekazywał ogrom wiedzy teoretycznej i praktycznej, czułam się dobrze przygotowana do zawodu. I chociaż błędy czy wyzwania, jak w każdej pracy, są nieuniknione, to wiedziałam, że dzięki profesjonalnemu nadzorowi zawsze będę mogła liczyć na pomoc oraz wspólne poszukiwanie rozwiązań. To nieoceniona wartość, jaką można odnaleźć w miejscu pracy, szczególnie gdy mówimy o tej pierwszej w zawodzie. 

Osobiście bardzo doceniam fakt, że była to apteka z dużą liczbą stałych pacjentów, którym każdy z farmaceutów mógł poświęcić więcej czasu, możliwe było wdrożenie szerszego doradztwa, również we współpracy z lekarzami z okolicznych przychodni, chociażby w zakresie weryfikacji stosowanych leków. Jest to bez wątpienia bardzo pozytywny przykład współpracy pomiędzy środowiskiem aptekarskim a lekarskim. Pamiętajmy, że mówimy o czasach, gdy opieka farmaceutyczna występowała jedynie w sferze bardzo wczesnych koncepcji. Pierwsze miejsce pracy pozwoliło mi również na rozwój w zakresie receptury aptecznej, która dla odmiany w wielu innych aptekach stanowiła już zaledwie ułamek czynności fachowych. 

Jeszcze na stażu rozpoczęłam działalność w Śląskiej Izbie Aptekarskiej. Początkowo nieformalny charakter współpracy, znajdujący odzwierciedlenie w takich projektach, jak organizacja spotkań z ciekawymi osobami ze świata medycznego i farmaceutycznego, organizacja wydarzeń sportowych – głównie tenisowych i narciarskich, uczestnictwo w bieżących projektach SIA, których celem było m.in. promowanie zawodu farmaceuty (dziś już w pełni uregulowanego), przybrał w 2015 roku wymiar oficjalny poprzez dołączenie do Rady Śląskiej Izby Aptekarskiej (VII kadencja w latach 2015-2019). 

Pierwsze trzy lata po studiach wspominam jako czas na poszukiwanie swojej drogi zawodowej. Chociaż praca w aptece wraz z dodatkową działalnością na rzecz samorządu aptekarskiego pozwoliły na rozwój zawodowy i osobisty, to w 2014 roku, po ukończeniu studiów podyplomowych w Studium Farmakoekonomiki, HTA i Prawa Farmaceutycznego w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej, uświadomiłam sobie, jak szeroki może być rozwój zawodowy farmaceuty. Poznałam wówczas osoby, które będąc farmaceutami z wykształcenia, związane były zawodowo z przemysłem, badaniami klinicznymi, farmakoekonomiką, URPL czy też AOTMiT. Wspólne rozmowy i wymiana doświadczeń pozwoliły mi podjąć kolejne decyzje zawodowe, którym przyświecał zawsze jeden wspólny mianownik, tj. chęć pozostania na Śląsku. Pełniąc dyżury nocne oraz pracują na tzw. godziny w aptekach ogólnodostępnych, rozpoczęłam równolegle pracę w firmie telemedycznej, by ostatecznie odnaleźć swoje docelowe miejsce – branżę badań klinicznych.

Ł.W.: Dziś zawodowo jesteś związana ze światem badań klinicznych. Jak tam trafiłaś i na czym polega Twoja praca?

K.Sz.: Jak wielokrotnie wspominałam, chciałam, by tak jak moje życie prywatne, również to zawodowe związane było z Katowicami. W tamtym czasie oferty „home-based” w firmach farmaceutycznych lub CRO dla początkujących pracowników nie były zbyt częste. Pewnego dnia pojawiła się długo wyczekiwana oferta i po przejściu rekrutacji rozpoczęłam zdobywanie swoich pierwszych doświadczeń w sieci ośrodków badań klinicznych, której główna siedziba mieściła się i mieści do dziś w Katowicach. Obok obowiązków koordynatora badań klinicznych w wybranych projektach odpowiadałam również za ocenę wykonalności badań oraz „start-up „projektów we wszystkich ośrodkach w Polsce (wówczas było to sześć ośrodków ambulatoryjnych i dwa ośrodki szpitalne). 

Po zdobyciu pierwszej, kluczowej wiedzy oraz doświadczeń kolejnym, naturalnym etapem rozwoju było monitorowanie badań klinicznych. Był to czas nie tylko bardzo intensywnej nauki – szczególnie w obszarze onkologii i immunologii – ale również intensywnego trybu życia, związanego z ogromną liczbą wyjazdów i podróży służbowych. Po przejściu kolejnych naturalnych etapów w pracy monitora (CRA) dziś, a dokładniej od dwóch miesięcy, pracuję w roli, która pozwala na zarządzanie projektami badań klinicznych w wymiarze krajowym (w krajach UE).

Ł.W.: Przejdźmy do tenisa, który jest Twoją pasją – moim zdaniem bardzo inspirującą. Skąd wzięło się u Ciebie zainteresowanie tym sportem? Kiedy to się zaczęło?

K.Sz.: Tenis, tak! Rozmowa wszak miała skupić się, jak sobie obiecaliśmy, nie na sferze zawodowej, lecz tej, która stanowi moją pasję! Tenis ziemny towarzyszy mi od około czwartego – piątego roku życia. To za sprawą mojego taty, który choć tajniki gry zgłębił już w życiu dorosłym – studenckim, to bez wątpienia szybko stał się profesjonalistą w tej dziedzinie. Nie był to wymiar w pełni zawodniczy, ale bez wątpienia można mówić o grze półprofesjonalnej, tj. w turniejach amatorskich, ale rankingowych. 

Pierwsze wspomnienia tenisowe wiążę z nieistniejącymi już kortami przy kopalni KWK Katowice. Był to piękny kompleks siedmiu kortów tenisowych, usytuowany pośród drzew na terenie nieczynnej już kopalni KWK Katowice, w pobliżu mojego domu rodzinnego. Dziś na tym terenie znajdują się m.in. Nowe Muzeum Śląskie oraz budynki mieszkalne. Spędzałam tam prawie każde popołudnie, trenując z tatą, grając z siostrą lub też mając „ściankę do gry” za głównego rywala. W wieku dziewięciu lat, dzięki rodzicom, rozpoczęłam treningi na kortach tenisowych Baildon im. Jadwigi Jędrzejowskiej w Katowicach. Niestety i ten kompleks został zlikwidowany ostatecznie w 2013 roku. 

Chociaż tenis ziemny stanowi bez wątpienia moją wielką i bardzo wcześnie rozpoznaną pasję, chociaż na półce nadal mam całkiem pokaźny zestaw pucharów, to nigdy nie prowadziłam w pełni zawodniczej kariery. Po turniejach w grupie młodzików (tj. do trzynastego roku życia) grywałam już jedynie w turniejach amatorskich (w tym rankingowych). Tym samym pozwolę sobie nieco odwrócić pytanie dotyczące sukcesów, dziś bowiem uważam, że największą korzyścią, jaka płynie z uprawiania sportu, jest możliwość kształtowania i hartowania charakteru. To sport nauczył mnie wytrwałości. Co więcej, jak pokazał zorganizowany przy Śląskiej Izbie Aptekarskiej Turniej Tenisowy dla Lekarzy, Prawników i Farmaceutów (2013 rok), sport łączy ludzi i pozwala na integrację różnorodnych środowisk. Prawdopodobnie wygraną właśnie w tym turnieju, w kategorii kobiet, mogę ocenić jako jeden z moich sukcesów tenisowych.

fot. archiwum prywatne Karoliny Szczepanik

Ł.W.: Z tego, co wiem, niedawno przerzuciłaś się na padla. Musisz koniecznie wyjaśnić naszym czytelnikom, na czym polega ten sport.

K.Sz.: Tak, w minionym roku, idąc za przykładem wielu byłych tenisistów i tenisistek, postanowiłam spróbować gry w padla. Dyscyplina ta spodobała mi się na tyle, że dziś zajęła bez wątpienia pierwsze miejsce w moim osobistym rankingu dyscyplin sportowych (no… może na równi z rowerem)! 

Dla niewtajemniczonych padel to sport rakietowy. Zawiera w sobie zarówno elementy tenisa, jak i squasha, jest grą podwójną deblową. Jest uważany za jedną z najszybciej rozwijających się dyscyplin sportowych na świecie. Kort do padla jest znacznie mniejszy od tenisowego, ale podobnie jak w tenisie, i tu siatka oddziela pola przeciwników. Dodatkowo kort posiada ściany tylną i boczną, które mogą być wykorzystywane podczas gry. Sprzęt do padla to specjalna rakieta, krótsza od tenisowej i nieposiadająca naciągu, oraz piłki przypominające te do tenisa, o różnej twardości i szybkości. 

W padlu nie obowiązują granice wiekowe. Jest to gra zespołowa, zarówno dla zaawansowanych sportowców, jak i amatorów, tym samym pełni również funkcję rekreacyjną dla całych rodzin. Historycznie padel wywodzi się z Meksyku, a w Hiszpanii to druga w kolejności najbardziej popularna dyscyplina sportowa po piłce nożnej. Według strony Polskiej Federacji Padla aktualnie w Polsce dysponujemy dwudziestoma dwoma ośrodkami z kortami do padla, ale obiektów z każdym rokiem przybywa, co bez wątpienia świadczy o dynamicznym wzroście zainteresowania tą dyscypliną sportu. Co więcej, w 2021 roku Europejski Komitet Olimpijski dodał padel do programu trzeciej edycji igrzysk europejskich, które odbędą się w Polsce w 2023 roku. Tym samym padel po raz pierwszy pojawi się na tak ważnym wielosportowym wydarzeniu od czasu utworzenia Międzynarodowej Federacji Padla w Madrycie w 1991 roku. Na Igrzyskach Europejskich w Krakowie w 2023 roku sześćdziesięciu czterech najlepszych padlistów w Europie będzie rywalizować przez pięć dni w deblu mężczyzn, kobiet oraz par mieszanych. Bez wątpienia włączenie tego sportu do programu igrzysk będzie doskonałą okazją dla czołowych europejskich graczy do zaprezentowania tej nowej dyscypliny szerszej publiczności. 

To, co urzekło mnie w padlu, to dynamika gry i jej widowiskowy charakter. To sport dla każdego. Grając w tenisa, często obserwowałam zniechęcenie u początkujących graczy, gdy okazywało się, że pierwsze kroki tenisowe są trudne i bardzo wymagające pod względem technicznym. Padel na odpowiednim poziomie również wymaga dużej dozy techniki, ale pozwala cieszyć się z gry także osobom, które nigdy wcześniej nie trzymały żadnej rakiety w ręce. To sport bardzo uniwersalny.

Ł.W.: Zdaje się, że masz niemałe osiągnięcia w padlu i zostałaś powołanie do polskiej kadry. Czy to znaczy, że to już nie jest amatorskie uprawianie sportu, tylko jednak zajmujesz się tym bardziej profesjonalnie?

K.Sz.: Z końcem 2021 roku padel zdecydowanie przybrał w moim życiu formę bardziej profesjonalną, czego pierwszym przejawem było uzyskanie uprawnień instruktorskich w tej dyscyplinie sportu. W 2022 roku wraz z moją partnerką deblową uzyskałyśmy tytuł wicemistrza Polski, a na podstawie dotychczasowej gry w 2022 roku otrzymałyśmy powołanie do dwunastki najlepszych kobiet w polskiej kadrze żeńskiej. Mamy za sobą pierwsze zgrupowania, a pierwszym egzaminem będą bez wątpienia kwalifikacje do mistrzostw świata, które odbędą się z końcem września w Wielkiej Brytanii. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że każda z kobiet w kadrze nie jest związana z padlem w wymiarze zawodowym – na pokładzie mamy lekarza, przedstawicieli różnych korporacji, trenerów tenisa i… farmaceutę rzecz jasna. Tym samym każda z nas musi samodzielnie zarządzać swoim czasem, by obok obowiązków rodzinnych i zawodowych znaleźć czas na treningi, w tym te siłowe, ogólnorozwojowe. Jest to bez wątpienia nie lada wyzwanie. 

Ł.W.: Jak trudny i drogi jest to sport? Gdyby naszych czytelników zainteresowało jego uprawnianie, warto pokazać im, z jakimi wydatkami to się może wiązać…

K.Sz.: Padel to sport bardzo dostępny! Zresztą z tego względu tak szybko rozwijał się w krajach Ameryki Południowej czy na południu Europy. W tych rejonach korty do padla stanowią niejednokrotnie część infrastruktury miejskiej, zlokalizowane są w parkach również jako obiekty bezpłatne. W Polsce, jak wspomniałam, do dyspozycji mamy około dwadzieścia dwa ośrodki padlowe, a tych z każdym rokiem przybywa. Co więcej, jeśli nie jesteśmy pewni, czy dyscyplina ta przypadnie nam do gustu, na miejscu możemy wypożyczyć rakietę oraz piłki. Tym samym jedyne, czego potrzebujemy do gry, to strój sportowy i oczywiście troje przyjaciół lub znajomych, z którymi będziemy mogli pograć. Jeśli zdecydujemy się pozostać z padlem na dłużej, warto zainwestować we własną rakietę (koszt waha się w przedziale cenowym 250-1500 zł) oraz odpowiednie obuwie, które zagwarantuje nam właściwą stabilizację na nawierzchni padlowej.

Ł.W.: A na sam koniec poprosiłbym, żebyś zdradziła swoje sportowe plany. Czy masz jakieś cele lub marzenia, które chciałabyś spełnić?

K.Sz.: Nie wybiegam zbyt daleko w przyszłość, tym samym w kontekście najbliższych planów sportowych bez wątpienia priorytetem będzie odpowiednie przygotowanie do turnieju kwalifikacyjnego, który – przypomnę – odbędzie się w ostatnich dniach września. Jego rezultat pozwoli ocenić, na ile realne w najbliższym czasie okaże się marzenie o zagraniu w Mistrzostwach Świata w Dubaju.

Źródło: Wywiad pochodzi z #44 e-magazynu mgr.farm

Ta witryna wykorzystuje pliki cookies w celach analitycznych, reklamowych oraz do realizacji usług. Pliki cookies będą zapisywane w pamięci Twojego urządzenia zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.