Ikona zegar

Czas czytania - 12 min

„Zalicz wieś” z farmaceutą!

Jak sam przyznaje, jest „rodowitym Wielkopolaninem”, a dowód szczególnej więzi z miejscem zamieszkania stanowi jego pasja. Mateusz Szamałek od kilku lat na dwóch kółkach zwiedza Wielkopolskę wszerz i wzdłuż, używając do tego dość niezwykłego klucza. Sprawdź!

Farmaceuta na rowerze - wywiad z mgr farm. Mateuszem Szamałkiem

Łukasz Waligórski: Zacznijmy może od tego, skąd w ogóle wziął się u Ciebie pomysł, by studiować farmację. Miałeś z nią do czynienia wcześniej „rodzinnie”, czy może kierowała Tobą jakaś inna motywacja?

Mateusz Szamałek: Zainspirowała mnie chemia. W zasadzie już od pierwszej styczności z tym przedmiotem w siódmej klasie szkoły podstawowej poczułem do niego… chemię. W ogólniaku byłem z niej naprawdę dobry, brałem udział w konkursach i na koleżeńskich korepetycjach wyciągałem pół klasy na lepszą ocenę. Początkowo więc chciałem studiować po prostu chemię w czystej, uniwersyteckiej formie. Ale potem, trochę dzięki farmaceutce – znajomej naszej rodziny – oraz perspektywom dobrej pracy, zacząłem myśleć o farmacji. Miałem braki w biologii, jednak dzięki temu, że siostra studiowała biotechnologię, w domu były dostępne znakomite książki. Biologii nauczyłem się sam. I okazało się to wystarczające, aby zdać egzamin na farmację z najlepszym wynikiem.

Farmaceuta na rowerze - Poznaj Mateusza Szamałka

Z miłości do chemii i fascynacji biologią wzięła się potem wielka pasja do biochemii. W trakcie studiów realnie myślałem o karierze naukowej w tym kierunku, rozpocząłem nawet studia doktoranckie w Katedrze Biochemii Farmaceutycznej. Jednak losy życiowe i zawodowe pokierowały mnie poprzez pracę w aptece, a następnie w hurtowej dystrybucji farmaceutycznej, w kierunku aspektów prawa farmaceutycznego i zaangażowania w samorządzie naszego zawodu. Moje doświadczenia zawodowe dotykały bardzo zróżnicowanej tematyki farmaceutycznej, często mając niewiele wspólnego z pierwotnym zamiłowaniem do chemii, zawsze jednak czułem, że decyzja o wyborze farmacji była właściwa. Zapewne podjąłbym ją ponownie. 

Ł.W.: Gdzie studiowałeś? Jak wspominasz studia?

M.Sz.: Mieszkając w Poznaniu, dość naturalnym wydawało mi się trafić pod skrzydła tutejszego Uniwersytetu Medycznego, wówczas jeszcze Akademii Medycznej. Jak łatwo się domyślić, lubiłem wszelkie chemie, z biochemią na czele. Preferowałem raczej przedmioty wymagające myślenia niż pamięci. Nie mam jakichś bardzo szczególnych lub nietypowych wspomnień z tego okresu. Pamiętam, że było dużo nauki, ale nie odbierałem naszych studiów jako jakoś szczególnie ciężkich. Mam dobre wspomnienia z relacji ze znajomymi, mieliśmy naprawdę sympatyczną atmosferę. 

Ł.W.: Jak potoczyła się Twoja kariera zawodowa po studiach?

M.Sz.: Pracę w branży, choć de facto nie w zawodzie, zacząłem jeszcze podczas stażu aptecznego, podejmując się roli przedstawiciela farmaceutycznego. To był ciężki okres łączenia obowiązków na dwa etaty. Dał mi jednak możliwość odwiedzenia i poznania od środka prawie każdej apteki w Poznaniu i okolicach, co ułatwiło wybór docelowego miejsca pracy. Dzień po zakończeniu stażu rozpocząłem pracę w jednej z aptek ogólnodostępnych na poznańskich Jeżycach. Zacząłem też przygodę z uczelnią – studia doktoranckie. Jednak po roku musiałem przyznać się do porażki w tym zakresie – te studia nie były jednak wówczas tym, czego oczekiwałem. 

Farmaceuta na rowerze - poznaj go!

Frustracja wynikająca z konieczności łączenia etatów i braku postępów naukowych wywołała we mnie potrzebę podjęcia decyzji o rezygnacji z dotychczasowej ścieżki i zmianie perspektywy. Poszukiwałem alternatywnej ścieżki kariery w branży, czując pociąg w kierunku przemysłu farmaceutycznego. Trafiłem jednak do hurtowni farmaceutycznej w roli zastępcy kierownika – specjalisty ds. środków kontrolowanych, a stamtąd już na stanowisko kierownika, ale w hurtowni producenckiej. Tu mogłem zetknąć się z procesami rejestracyjnymi, refundacyjnymi oraz szeroko rozumianym business development. Tu też poczułem, że farmaceuta w firmie farmaceutycznej to naprawdę specjalny gość, człowiek do zadań specjalnych, który żadnych wyzwań się nie boi i podejmuje się najbardziej niespecyficznych działań, często niemożliwych do przypisania nikomu innemu. 

Potem, wraz z wejściem w życie nowych zasad zarządzania jakością w dystrybucji hurtowej, podjąłem się pracy w jednej z największych hurtowni pełnoprofilowych w regionie, w roli osoby odpowiedzialnej. Równolegle pochłonęła mnie działalność w samorządzie zawodowym. I tak moja ścieżka zawiodła mnie w obecne miejsce – do Izby Aptekarskiej

Ł.W.: Niedawno na łamach „MGR.FARM” przeprowadzaliśmy badanie dotyczące tego, jak farmaceuci spędzają wolny czas. Większość z tych, którzy spędzają go aktywnie, wskazywała przede wszystkim na wycieczki rowerowe. Zdaje się, że należysz do tej grupy. Skąd Twoim zdaniem taka popularność takiej aktywności fizycznej i jak to się zaczęło u Ciebie? 

M.Sz.: Rower, poza pieszymi wędrówkami, jest najłatwiejszym, prostym i stosunkowo tanim (o ile nie kupujesz wyspecjalizowanych rowerów z wysokiej półki) sposobem aktywnego spędzania czasu. Dla każdego.

Na rowerze można pojechać na pięciokilometrową wycieczkę z dzieckiem, dziesięć kilometrów do pracy, zrobić zarówno dwadzieścia pięć kilometrów weekendowej przejażdżki, sto kilometrów wyścigu ze znajomymi, jak i dwieście kilometrów samotnej wyprawy. 

U mnie rower był od zawsze, choć jako dorosły wróciłem do niego w 2012 r. jako uzupełnienie treningów biegowych. Z biegiem lat dojrzewałem do decyzji, że to rower, a nie bieganie jest jednak moją ukochaną aktywnością. W 2020 r. zakupiłem sobie „szosę”, na tyle uniwersalną, by mogła być zarówno rowerem wyprawowym, jak i – po przekładce kół – szutrowym krążownikiem, no i się zaczęło na serio…

Ł.W.: Jak wyglądają takie wycieczki w Twoim przypadku? Jeździsz sam czy z rodziną? Jakoś się do tego przygotowujesz?

M.Sz.: Jeżdżę sam. Wycieczka rowerowa, niezależnie od jej długości i intensywności, jest moją osobistą, wręcz intymną formą przeżywania piękna krajobrazu. Taką medytacją. 

Wyjazd w grupie to w zasadzie tylko jedna w roku wyprawa namiotowo-rowerowa z kuzynem. Taka nasza mała tradycja. Poza nią rower to moja stricte indywidualna pasja, taki „tylko mój” fragment życia. 

Jeżdżę głównie weekendami, jednak zawsze bladym świtem. Latem wstaję o czwartej, w trasę ruszając zwykle przed piątą. Wówczas jestem tylko ja, rower, droga, przepiękne widoki wschodzącego słońca, dzikie zwierzęta, które przyglądają mi się z równym zainteresowanym, co ja im. 

Jeżdżę cały rok. Wiadomo, w sezonie letnim więcej i dalej, w zasadzie nie schodząc poniżej stu dwudziestu kilometrów na raz. Mój aktualny rekord pojedynczej trasy to dwieście czterdzieści kilometrów. Czy to dużo? Zależy. Dla przeciętnego rowerzysty pewnie tak, ale jak rozmawiałem z kolegą, który na raz pojechał z Warszawy do Wiednia i potrafi dojeżdżać do pracy rowerem z Łodzi do Warszawy, to moje wyczyny wydają się bardzo skromne… 

Moje wycieczki w przeważającej większości to kilkugodzinne wyjazdy. Oczywiście marzą mi się wielodniowe wyprawy, ale życie to nie tylko moja pasja, są przecież obowiązki, praca, rodzina. Staram się wiec dopasować, połączyć chęć zrobienia czegoś niestandardowego i posiadania szczególnej pasji z minimalizacją obciążenia nią pozostałych aspektów życia. 

Co do przygotowań – tak, mogę przyznać, że przygotowuję się indywidualnie do każdego wyjazdu w zakresie merytorycznym. Przede wszystkim mapa – sprawdzam trasy, szlaki, stan nawierzchni, oglądam zdjęcia z ulic i satelitarne. Szukam wartych zobaczenia ciekawostek w mijanej okolicy. Sprawdzam dokładnie pogodę wraz z takimi detalami, jak kierunek wiatru. Dbam o to, by być na trasie doskonale widocznym i wyposażonym w rzeczy, które mogą się przydać w sytuacjach kryzysowych. Natomiast nie przygotowuję się fizycznie: raz, że nie jeżdżę sportowo dla wyników, a dwa – że w zasadzie cały rok jestem dość dobrze roztrenowany.

Ł.W.: Ty nie tylko jeździsz rowerem, ale przede wszystkim łączysz to ze zwiedzaniem i poznawaniem Wielkopolski. Czy prowadzisz jakiś prywatny ranking ulubionych, najciekawszych, najładniejszych miejsc? Policzyłeś, ile miejscowości w Wielkopolsce odwiedziłeś w tej sposób?

M.Sz.: Już od początku „prawdziwej” przygody z rowerem, którą liczę u siebie od zakupu aktualnej maszyny, tj. od maja 2020 r., swoje trasy planowałem tak, aby nie były zbytnio powtarzalne, żeby jeździć możliwie najbardziej różnymi trasami, zwiedzać okolicę. Pewnego dnia wpadłem na pomysł, żeby w kilka wycieczek odwiedzić wszystkie siedziby gmin w powiecie poznańskim. Kiedy naniosłem na wspólną mapę wszystkie te trasy, powstał ciekawy obraz i pomysł „zaliczania okolic” poprzez rysowanie przebiegu tras na wspólnej mapie.

Idąc tym tropem, natrafiłem na arcyciekawą w mojej opinii inicjatywę „zalicz gminę”. Polega ona na „odhaczaniu” wszystkich gmin, przez które przejechało się rowerem. Co ciekawe, jest w Polsce kilkanaście osób, które zaliczyły w ten sposób wszystkie gminy, a jest ich prawie dwa i pół tysiąca. Pomyślałem, że to bardzo ciekawe, jednak niewykonalne czasowo dla mnie, nie do pogodzenia z pracą, rodziną, obowiązkami. Przełożyłem więc sobie ten pomysł na własne okoliczności: zainicjowałem własną, prywatną inicjatywę „zalicz wieś”. Plan był taki, żeby odwiedzić wszystkie miejscowości w Wielkopolsce. Czyli bliżej domu, ale za to zdecydowanie dokładniej.

Pobrałem wykaz miejscowości z urzędowych serwisów, odfiltrowałem miasta i wsie, wychodząc z założenia, że na mniejszych jednostkach terytorialnych (osadach, przysiółkach, koloniach itp.) skupię się, jak już nie będę miał co robić w okolicy. I zacząłem odwiedzać i odhaczać. I planować trasy tak, aby zajrzeć do kolejnych wielkopolskich miasteczek i wsi. Wjechać do środka, zobaczyć, jak mieszkają mieszkańcy, sprawdzić, czy mają w swojej okolicy coś szczególnego.

Na dzień dzisiejszy w moim wykazie widnieje tysiąc dwieście trzydzieści jeden odwiedzonych miejscowości. To dopiero dwadzieścia osiem procent Wielkopolski. Szczerze mówiąc, myślałem, że tempo zdobywania kolejnych punktów na mapie będzie większe, jako że jednak prawie wszystkie moje wycieczki to pętle ze startem i meta pod domem, nierzadko zdarza mi się jechać ponad sto kilometrów tylko po jedną wieś. Wiem, że aby kontynuować misję, będę musiał przestawić się na trasy jednokierunkowe z opcją powrotu pociągiem.

Poza statystyką ilościową nie klasyfikuję zobaczonych miejscowości pod innymi względami. Każda ma swoją specyfikę i swój urok. Mam oczywiście pewne trasy, które lubię bardziej i te mniej interesujące. Ale nie mogę powiedzieć, aby któraś z nich lub któraś z miejscowości była moją ulubioną. Zdarza mi się za to tęsknić za niektórymi i stąd powracać do nich, najlepiej z innego kierunku, o innej porze roku…

Ł.W.: Czy podczas którejś z takich wycieczek spotkała Cię zaskakująca lub stresująca przygoda? Zdarzały się np. awarie sprzętu? 

M.Sz.: Mam chyba sporo szczęścia, bo przejeżdżając ponad dwadzieścia pięć tysięcy kilometrów praktycznie nie miałem żadnej szczególnej awarii. Nawet nie musiałem koła zmieniać. Bardzo się z tego cieszę, bo niestety, mimo iż kocham rower, zupełnie nie potrafię go naprawiać i regulować. Kompletnie nie mam do tego talentu. 

Oczywiście zdarzały się drobne problemy, ale żaden z nich nie spowodował jakichś poważniejszych perturbacji na trasie. Najbardziej stresującą przygodą, jak mnie spotkała, był ulewny i lodowaty deszcz… Weekend majowy 2021… Było mi tak zimno, że nie mogłem kontynuować trasy. Na szczęście pomógł przyjaciel, dla którego nie było żadnym problemem odnaleźć mnie na odludziu w niedzielny poranek. Każda stresowa sytuacja ma jednak swoją zaletę: uczy respektu i zachowania w szczególnych momentach. Być może dlatego zdarza się ich mi coraz mniej. Na szczęście!

Ł.W.: Zdaje się, że należysz do Klubu Kolekcjonerów Znaczków Turystycznych. Skąd to zainteresowanie i jak dużą kolekcją znaczków możesz się pochwalić?

M.Sz.: Wraz z pasją zwiedzania Wielkopolski na rowerze równolegle pielęgnuję pasję zwiedzania przeróżnych atrakcji turystycznych Polski. Szczególnie lubię te mniej oczywiste, np. małe regionalne muzea.

Podczas weekendowego pobytu w przerobionym na hotel folwarku, poszukując niedrogiej, a ciekawej pamiątki dla mojego kilkuletniego wówczas synka, natrafiłem na tzw. znaczek turystyczny. Jest to drewniany krążek z wypalonym obrazkiem przedstawiającym ciekawe miejsce i co do zasady dostępny tylko w tym miejscu. Kiedy okazało się, że tych znaczków jest już w Polsce ponad tysiąc dwieście, postanowiliśmy z każdego miejsca, jakie odwiedzamy, kupować taką pamiątkę dla syna – ale tylko pod warunkiem, że on tam był. Na dzień dzisiejszy mamy ich około dwieście. Z czasem syn sam się zainteresował znaczkami, lubi je oglądać i zdobywać kolejne. Chcąc pogłębić tę pasję, trafiliśmy do podpoznańskiej wsi Komorniki, gdzie prężenie działa Klub Kolekcjonerów. Zapisaliśmy się całą rodziną i staramy się aktywnie uczestniczyć. Udało mi się tam nawet przestawić prelekcję na temat moich wypraw rowerowych.

Ł.W.: Czy jest takie miejsce w Wielkopolsce, którego jeszcze nie odwiedziłeś, ale bardzo chciałbyś to zrobić? Kuszą Cię może dalsze i dłuższe eskapady?

M.Sz.: Zdecydowanie! Całe pozostałe siedemdziesiąt dwa procent. Mam w planach kilka ciekawych tras. Jedną z nich, którą mam nadzieję zrealizuję w 2024 r., będzie dwu- – trzydniowa wyprawa po południowo-wschodniej Wielkopolsce – ziemi kaliskiej. Chciałbym też dokończyć wszystkie szlaki systemu Wielkopolskich Szlaków Rowerowych. Oczywiście kuszą mnie też dalsze wyprawy, jak na przykład Green Velo i nie tylko. A marzeniem życia jest Finisterra w hiszpańskiej Galicji, osiągnięta siecią dróg Camino de Santiago.

Źródło: Wywiad pochodzi z #51 e-magazynu mgr.farm

Ta witryna wykorzystuje pliki cookies w celach analitycznych, reklamowych oraz do realizacji usług. Pliki cookies będą zapisywane w pamięci Twojego urządzenia zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.